piątek, 24 października 2008

amstel

Dotarlimy...narazie do Amsterdamu. Bez przygod. Przelykajac z trudem surowego tunczyka na kolacje i popijajac czerwone wino. Dlaczego z trudem? Ano chyba mnie dopadl jakis wirus. Kolezanki z pracy chorowaly od tygodni - trzymalem sie od nich z daleka, zona chorowala od tygodnia - trzymalem sie od niej z daleka, a tu jak na zlosc w dzien wyjazdu zaczelo mnie strasznie bolec gardlo i glowa. Licze na apteczke doktora G. Jesli jego medykamenty nie pomoga to jestem ugotowany.
Kiepsko jechac na wakacje chorym :-( Robie dobra mine do zlej gry. Martinez jest pelen wigoru i entuzjazmu. Wlasnie czyta relacje z podrozy po Peru innych blogerow i co chwila wykrzykuje jakies rewelacje o cenach i czasie podrozy. Podobno w Peru drugim najpopularniejszym daniem po kurczaku jest swinka morska. U nas w Polsce zwykla swinka. Co kraj to obyczaj. Przed nami 3 godziny oczekiwania na kolejny samolot do Quito. Najchetniej poszedlbym spac i obudzil sie zdrowy:-)

Brak komentarzy: