czwartek, 30 października 2008
Galapagos dzien czwarty
Dzis pobudka o 6:15 a sniadanie o 7. Krotki briefing naszego przewodnika, ktory nawet nie wiem jak ma na imie. Stara sie udawac bardzo waznego i nawet jak mowi jakas banalna rzecz, typu wezcie buty z gruba podeszwa to zawiesza glos, unosi brwi i patrzy po wszystkich zeby dodac swojej wypowiedzi dramaturgii. Poczym wszyscy biora duze buty a on jedzie w klapkach. Jakos nudnie sie rozpoczal dzisiejszy dzien. Cos jest nie tak. Lezymy sobie teraz na plazy w Post Office Bay, z wulkanicznym czarnym piaskiem, ale wokol nie widac zadnego lwa morskiego. Nie ma tez innych zwierzat. Ta wyspa Floreana byla przez dluzszy czas zamieszkana przez ludzi na poczatku XX wieku i skutecznie przetrzebili tutejsza faune. Zatoka wziela swoja nazwe od beczki, ktora stoi na slupie w glebi ladu. Otwiera sie w niej drzwiczki i wrzuca poczte. Znaczki sa niepotrzebne. Wyciaga sie bowiem lezaca tam juz poczte i patrzy czy nie jest zaadresowana do miejsca, gdzie sie jedzie. My znalezlismy 3 listy adresowane do Polski, do Szczecina i zamierzamy je dostarczyc :-) Zeszlismy jeszcze do tunelu wydrazonego przez lawe, ale takie atrakcje to pic na wode, strata czasu. My chcemy zwierzat! Po obiedzie Cormorant Point. Znowu wulkaniczna plaza, kilka lwow morskich w oddali. Wyszlismy za wydme i naszym oczom ukazala sie laguna otoczona wzgorzami. Pobocza porastaly suche, bezlistne drzewa obwieszone jakimis farfoclami, jakby sucha trawa. A po jeziorku stapaly dostojnie rozowe flamingi. Jesli ktos byl w Kenii to przypomina to takie male jezioro Nakuru. Tyle ze oryginal ma tysiace tych ptakow a tu mielismy zaledwie kilkadziesiat sztuk. Mialy bardzo piekna barwe rozu i byly idealnie czyste. No i rzecz jasna mozna bylo do nich podejsc na kilka metrow. To jest piekne na Galapagos. Pogoda caly czas zachmurzona, co jakis czas wynurza sie slonce i znowu znika. Niemniej jednak jestesmy na rowniku i ostrzegano nas ze slonce pali na okraglo, nawet przez chmury. Martinez jest juz czerwony. Jest pora sjesty, czesc grupy poszla na snorkeling na otwartym oceanie wokol skupiska skal zwanego Devils Crown. Zaraz jak wroca plyniemy 4 godziny do Porte Ayora - glownego miasta na wyspie Santa Cruz. Tam mamy nadzieje wyjsc na brzeg do miasteczka. Doplynelismy i wyszlismy na miasto kiedy juz zapadl zmrok. Wczesniej mielismy tort, ktory kucharz na statku wyczarowal dla Niemki z okazji urodzin. Pozostal niesmak bo chwile wczesniej kiedy przewodnik sie zegnal zostawil dwie koperty na tipy dla niego i zalogi. Taki jest zwyczaj. Ale oczywiscie Niemcy, ci co caly czas tylko wykorzystywali zaloge do przynies, podaj, pozamiataj zaczeli protestowac ze oni juz mieli tipy w cenie pakietu. Szkoda gadac. No wiec jestesmy w miasteczku, bardzo przyjemne. Z portu, z pokladu statku wygladalo jeszcze fajniej, ladnie oswietlone, domki i restauracyjki na palach nad woda, takie karaibski port. Przeszlismy sie jedna glowna uliczka w jedna strone a potem deptakiem wzdluz nabrzeza. Duzo knajpek, zarowno lokalnych jak i takich nowoczesnych, ze smakiem zaaranzowanych pubow. Duzo sklepow z telefonami komorkowymi sieci Porta, naliczylismy 6 na jednej ulicy. Ekwadorczycy lubuja sie w komorkach, a najlepszy to taki ktory wygrywa jak najwiecej melodyjek. Duzo sklepikow z pamiatkami, ale bardzo podobny wybor t-shirtow i troche figurek zolwi. Usiedlismy na piwo, pierwszy duzy, zimny, browar na Galapagos i krewetki a pol godziny pozniej wzielismy wodna taxi na nasz statek, bo jutro wczesniej wstajemy.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz