czwartek, 30 października 2008

Galapagos dzien drugi

Kolejny dzien rejsu byl piekny. No moze niezbyt pieknie sie zaczal, bo wlaczeniem silnika statku o 5rano. Kiedy tylko maszyneria ruszyla nie bylo juz mowy o snie. Sniadanie ustalone bylo na 7rano, wiec te 2 godziny trzeba bylo jakos przetrwac. Dnialo juz i nasz jacht ruszyl pelna para. Po obfitym sniadaniu dobilismy nasza dinghy w dwoch turach po 8osob kazda do brzegu wyspy ... Z dala wydawala sie czerwona, podobna do australijskiej ziemi. Tymczasem okazalo sie, ze odcien wyspie nadawaly kolorowe pnacza, ktore ja porastaly. Zeby zejsc na ziemie z lodki musielismy stoczyc walke z gromadka lwow morskich, ktore tarasowaly droge. W koncu z ociaganiem i glosno cos porykujac wycofaly sie. Wyspa byla niewielka ale urocza Z jednej jej strony lagodnie opadala w strone oceanu z drugiej zas wznosil sie wysoki na kilkadziesiat metrow klif, o ktory rozbijaly sie fale morskie. Pnacza szeroko rozrastajace sie po ziemi mialy wszystkie kolory czerwieni, od lekkiej pomaranczy az po ciemna wisnie. Gdzieniegdzie byly tez male kepki jasnozielonych i zoltych traw. A posrod tej calej ferii barw rosly kaktusy. Piekny krajobraz. Kaktusy jakie widujemy na wyspach maja w swojej doroslej odmianie wysokosc okolo czterech metrow, pien brazowy gruby na okolo 40 cm srednicy i dopiero na czubku pnia wyrastaja miesiste platy kaktusa z iglami. Wysoki pien stanowi naturalna ochrone przed iguanami, dla ktorych kwiaty kaktusa sa przysmakiem, tak jak dla Martineza zupa grzybowa :-) Pod kaktusami podziwialismy iguany. Tym razem gatunek land iguana, w odroznieniu do czarnych, ktore widzielismy wczoraj marine iguanas. Jak sama nazwa wskazuje jedne sa ladowe a drugie morskie. Ladowe, ktore nie plywaja, maja przede wszystkim inny kolor, sa zolte, sa wieksze i maja krotsze, bardziej zaokraglone ogony. Samce iguan ladowych maja fajne kolce na grzbiecie. Punks not dead! Tych jaszczurow bylo na wyspie duzo, praktycznie przy kazdym wiekszym skupisku kaktusow mozna je spotkac. Cale wybrzeze bylo doslownie zaslane lwami morskimi. Pierw myslelismy ze to foki, ale przewodnik wyjasnil, ze najprostsza metoda odroznienia tych dwoch gatunkow jest przyjrzenie sie uszom. Lwy morskie maja wystajace malzowiny, natomiast foki maja tylko otwory. Skaly klifowe zajmowaly mewy, wielkosci kaczek z jaskrawo czerwonymi obwodkami wokol oczu. Ale nie tylko. Bylo tu tez skupisko lwow morskich - kawalerow. Nie wolno im bylo schodzic w dol do wody lagodnym stokiem, poniewaz tam urzedowaly stada skladajace sie glownego samca (beachmaster) i haremu kilkunastu lwic. Dlatego panowie kawalerowi musieli schodzic do wody stromym klifem. Ciezkie jest zycie kawalera :-) Ta wyspa nazywala sie Santa Fe. Powrocilismy na statek, prosto na obiad. Byly krewetki. Kucharz zna sie na swoim fachu, bo rzeczywiscie co nie wyprodukuje w swojej malenkiej kuchni to jest znakomite. Posilki sa urozmaicone, smakowite, skladaja sie z trzech dan, jak w dobrej restauracji. Usiedlismy teraz z malzenstwem z Izraela. Opowiadaja niesamowite historie o swoim zyciu. Mieszkaja i pracuja w kibucu. Socjalizm w najczystszym pozytywnym wydaniu. Wszyscy dostaja taka sama pensje niezaleznie od tego gdzie pracuja, wszystkim sie dziela, maja kilkadziesiat samochodow, ktorymi sie dziela, nie placa za jedzenie, opieke zdrowotna ani szkole. W ich wiosce sa trzy sklepy z jedzeniem, z ubraniem i art. gosp domowego. Facet byl jencem wojennym podczas wojny Yom Kippur. Nie sa religijni, nie przestrzegaja zadnych zasad, z ktorymi kojarzymy Zydow, zazwyczaj negatywnie. Bardzo madrzy i sympatyczni ludzie. Wyruszyli na 6 miesieczna podroz po Ameryce Poludniowej. Podziwiam i chcialbym w wieku 60lat miec tyle energii. Po obiedzie obowiazkowo sjesta a potem zawinelismy do zatoczki. Widok jak z Karaibow. Zatoczka byla odgrodzona od reszty oceanu naturalna rafa ze skal. Dzieki temu woda byla w niej turkusowa a juz za rafa normalnie zielona. Znow wyruszylismy nasza dinghy na brzeg, podziwiac kolejne okazy fauny. Oczywiscie piaszczysty brzeg zaslany byl lwami morskimi, miedzy ktorymi trzeba bylo lawirowac. Szlismy sciezka wsrod ostrokrzewu zeby co chwila sie zatrzymac i podziwiac kolejne okazy iguany ladowej. Na tej wyspie iguany byly koloru zoltego. Galapagos maja kilka endemicznych gatunkow zwierzat, ktore wystepuja tylko na tym terenie, ale tez wystepowanie tych zwierzat potrafi byc dodatkowo ograniczone do poszczegolnych wysp. Przechadzka byla w sumie krotka. Juz przy zejsciu na plaze zobaczylismy jeszcze jastrzebia, przycupnietego na skale. Cos co odroznia wyspy Galapagos od wszystkich innych miejsc na ziemi, gdzie mozna byc moze zobaczyc bardziej egzotyczne zwierzeta, to fakt, ze tutaj mozna z nimi obcowac na wyciagniecie reki. Od jastrzebia stalismy metr, iguany, lwy morskie, niektore ptaki moglibysmy spokojnie dotykac. Zwierzeta wrecz lgna do ludzi. Jest to niezwykle wielkie interaktywne zoo. Martinez mial okazje podziwiac jeszcze podwodna czesc tego zoo. Po powrocie z ladu zorganizowany byl snorkeling w zatoczce. Martinez dal sie namowic, wskoczyl w wetsuit i do wody. Mnie ominela ta przyjemnosc bo wciaz probuje sie wyleczyc z zapalenia gardla :-( Wrocil zachwycony, plynal pomiedzy dwoma lwami morskimi, widzial plynacego zolwia morskiego i oczywiscie lawice kolorowych ryb. Chwalil sie, ze dotknal ryby papuziej. Inna sprawa czy on byla z tego powodu zadowolona. Czul sie jak w podwodnym akwarium. Rafy koralowej tu nie ma, podloze jest piaszczyste bez roslinnosci z duzymi uskokami wysokosci. No i sie pomylilem z miesem bo na kolacje byla smazona noga pelikana. Tak twierdzi Fabien :-) Cokolwiek to bylo, smakowalo wybornie. Kucharz jest moim ulubionym czlonkiem zalogi. Kapitan juz nie bardzo. Pol godziny po kolacji uruchomil cala naprzod i poszedl w poprzek fal. Te byly wysokie bo morze bylo niespokojne. Zaczelo bujac okropnie. Z trudem dalo sie przejsc przez jadalnie. Bylo widac, ze niektorzy robia sie zieloni. Szybko zbieglismy do kajuty, lyknelismy po 2 tabletki lokomotivu, leku na chorobe morska, przygotowalismy otwarty sedes i polozylismy sie spac. Bujalo jak w wesolym miasteczku...

Brak komentarzy: