Nasz pierwszy dzien na Galapagos rozpoczelismy o poranku ladujac liniami Tame na pasie startowym posrodku sawanny. W malym budynku, ktory sluzyl jako terminal podbilismy papiery, zaplacilismy USD100 i odebralismy bagaze. Znalezlismy czlowieka z naszego jachtu i powoli zaczela sie gromadzic nasza grupa. W wiekszosci byly to pary w naszym wieku. Zapakowalismy sie do autobusu i pojechalismy do malej zatoczki gdzie cumowaly lodzie wycieczkowe. Przy pomoscie byla poczekalnia z lawkami,
ale byla zajeta przez lwy morskie. Kilka ich sztuk wylegiwalo sie w najlepsze. Na skalce obok spaly dwie iguany. Po nieopodal zacumowanym katamaranie spacerowal pelikan. Zrobilo to na nas wielce obiecujace wrazenie. Natomiast sama wyspa wyglada dosc pospolicie. Fakt przyjechalismy tu w suchym sezonie co moze tlumaczyc brak bujnej roslinnosci ale mimo wszystko wyspa jak wyspa. Nic specjalnego. Plaska, wypalona przez slonce z niska, karlowata roslinnoscia. Wyspa na ktorej ladowalismy i zaczynalismy rejs nazywa sie Baltra. Natomiast Galapagos sklada sie z kilku wysp, dokladnie 12duzych i 12 mniejszych. Nasz jacht nazywal sie Aida Maria. Dostalismy sie na niego motorowka. Kabine przydzielono nam na dole, co mialo ten minus ze nie otwieraly sie okna. Natomiast szczerze mowiac kabina okazala sie przytulna, mala ale komfortowa, z pietrowym lozkiem, prywatna toaleta i prysznicem. Nie zdazylismy sie rozpakowac, zreszta nie bylo nawet gdzie, bo kajuta byla bardzo mala a nasza lodz ruszyla. Poszlismy na gore, przywitac sie z reszta towarzyszy podrozy. Martinez juz wszystko o kazdym wiedzial. Parze z Australii chwalil sie ze skakalismy na bungy, parze ktora wybierala sie do Chile mowil ze bylismy tam 2 lata temu. Parze ze Slowacji mowil ze lubi sliwowice, czyli dla kazdego cos milego :-) Po kwadransie zadzwoniono na obiad, zeszlismy sie do mesy i steward Fabien zaczal podawac zupe. Chwila konsternacji przy pustym miejscu przy stole... i okazalo sie ze zapomnielismy zabrac ze soba jednego pasazera z portu. Zrobilismy w tyl zwrot i wracalismy kolejne pol godziny do miejsca z ktorego wyplynelismy. Zagubiona ofiara okazal sie Szwajcar w czapce ala angielski arystokrata ziemianin. Nasz statek mial 8 podwojnych kabin i z tego co zdazylem sie dotychczas zorientowac okolo 6 czlonkow zalogi. Napewno kapitan, kucharz, steward, przewodnik i dwoch gosci do wszystkiego. Na obiad podano zupe rybna, makaron z warzywami i arbuza. Zaczalem zalowac ze nie wzialem zapasu kabanosow. Pierwszy punkt programu tego dnia ciut nas rozczarowal. Przybilismy do plazy, bardzo ladnej, z drobniutkim bialym piaskiem Woda przy plazy miala cudowny turkusowy kolor. Mozna bylo wziac maske, fajke i pletwy i sobie poplywac. Wszystko fajnie ale przewodnik wzial nas na krotki obchod po okolicy, podczas ktorego zobaczylismy trzy czarne iguany - wedlug mnie wygladaly jak gumowe podroby kupowane na odpustach, widzielismy tez 2 flamingi brodzace po lagunie, no i widzielismy duzo czerwonych, naprawde fajnych krabow. Te rzeczywiscie robily wrazenie. Podobno widzielismy tez ptaki z niebieskimi lapami, ale byly tak daleko, ze nie jestem w stanie stwierdzic czy przewodnik mowil prawde. Troche slabo, a moze po prostu wiecej oczekiwalismy. W moich wyobrazeniach Galapagos to byla rajska zielona wyspa z tysiacem ptakow i zolwi, ktore calymi tabunami rzucaja sie na ludzi :-) No ale to dopiero pierwszy dzien, dlatego mam nadzieje zobaczyc wiecej w kolejne dni. Powrocilismy na statek, ktory na wieczor wplynal do szerokiego kanalu miedzy wyspami i rzucil kotwice na noc. Na kolacje mielismy pyszna rybke z warzywami. Nie to zebym narzekal na brak miesa, lubie swieze ryby dobrze przyrzadzone, ale tak z czystej ciekawosci chcialbym wiedziec czy zobaczymy mieso podczas rejsu. Przy naszym stole siedzi miedzy innymi para z Niemiec. Bardzo sie madrza przy kazdej okazji, ale kiedy mowilismy o zmianie czasu dziewczyna sie spytala czy jest roznica czasowa miedzy Niemcami a Polska ?! Poza tym pozeraja jedzeni jakby byli glodzeni kilka dni przed wyjazdem. Nie zdaze zjesc polowy obiadu a Niemka juz wylizuje talerz i patrzy znaczaco na stewarda Fabiena. Ten sie pyta czy dac dokladke, ona sie kryguje, on jej naklada nowy obiad, ona krzyczy ze to za duzo, poczym wszystko szamie az jej sie uszy trzesa. Maz podobnie. Wieczorem po kolacji mielismy fajny pokaz przy lodce uwiazanej do rufy naszego stateczku. Poniewaz jest to oswietlone miejsce wiec przylecialy najpierw pelikan a potem czapla, ktore siedzac na brzegu lodzi wypatrywaly ryb co chwile rzucajac sie do lodzi. W wodzie natomiast taplaly sie dwie foki oraz przeplynal rekin. Rzeczywiscie zwierzeta na tej wyspie nie znaja strachu przed ludzmi. No i tak dobiegl koniec pierwszego dnia na wodzie. Szwajcar, ktorego zapomnielismy w porcie, nadal chodzi w czapce w jodelke... ekscentryk
czwartek, 30 października 2008
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz