czwartek, 30 października 2008
Galapagos dzien trzeci
Dzisiejszy dzien przeznaczony jest na wyspe Espanola. Suarez Point i Gardner Bay to dwa punkty naszego programu a poza tym to co zwykle, czyli plywanie, plazowanie i jedzenie. Obudzilismy sie wyspani i co najwazniejsze bez choroby morskiej. Moglym spac dalej bo, mialem taki piekny sen, snilo mi sie ze w sklepie sprzedawczyni podobna do jednej aktorki, podaje mi rachunek z wypisanym z tylu numerem telefonu, niesmialo sie usmiechajac ... i wtedy zadzwonil budzik. Po sniadaniu wypad na Suarez Point. Zejscie suche, czyli w butach. Sciezka miedzy skalami zaslana byla iguanami. Tym razem morskimi ale w pieknych barwach, czerwono czarnych a czasami czerwono-zielono czarnych. Leza wszedzie dookola. W tym punkcie gdzie wyladowalismy, byla zrobiona sciezka poniewaz stala tu niewielka latarnia morska. Generalnie na wyspy nie wolno wychodzic. Sa wyznaczone tylko niektore punkty na poszczegolnych wyspach, gdzie mozna doplynac i wyjsc na brzeg. Nie wszedzie tez mozna sie kapac. Na wyspach mozna chodzic jedynie wyznaczonymi przez wbite w ziemie bialo-czarne slupki sciezkami. W zasadzie nie widac ingerencji czlowieka. Wszystko jest dziewicze. Kiedy juz narobilismy zdjec iguanom ruszylismy sciezka w glab wyspy Espanola. W zasadzie gdzie sie nie ruszyc zawsze trafi sie na jakis okaz. Po chwili zobaczylismy z bliska blue-footed booty. Nie mam pojecia jak to jest po polsku, ale sa to biale ptaki wielkosci gesi z unikalnymi jasno niebieskimi lapami. Ptaki te bez wzgledu na to czy wysiadywaly jaja, czy po prostu sobie staly, wogole nie reagowaly na nasza obecnosc. Mozna je bylo sobie glaskac. Chwile potem przy drodze siedzial jastrzab - samiczka. Miala upierzenie zolto-brazowe i zolty dziob. Stalismy w odleglosci 2 metrow od niej kiedy naraz uslyszelismy trzepot skrzydel i nadlecial jej partner, czarny jastrzab. Przysiadl obok niej i podal jej smacznego, tlustego robaka wielkosci malej jaszczurki. Odlecial a jastrzab zajal sie konsumpcja. Na oczach 17ludzi stojacych jej nad glowa, drapieznik rozszarpywal ostrymi pazurami i zakrzywionym dziobem robala i go pozeral. Czulem sie jakbysmy ogladali jakis film przyrodniczy i za chwile mieli uslyszec - czytala Krystyna Czubowna. Droga przez ostrokrzew kryla kolejne niespodzianki. Za jednym z zakretow siedzial sobie mlody albatros. Nie byl moze zbyt urodziwy, caly szary i nierowno opierzony, ale jakby nie bylo ptak unikatowy i wyjatkowy. Albatrosy sa gatunkiem endemicznym tych wysp. Dolatuja do kontynentu i nawet do Peru i Chile ale potem wracaja. Ten mlody wlasnie czekal na rodzicow, jak wyjasnil nasz przewodnik. Moga wrocic za 2-3tygodnie. Chata wolna :-) Im dalej tym wiecej spotykalismy takich oczekujacych na rodzicow malolatow az dotarlismy do urwiska, gdzie swoj pas startowy mialy dorosle albatrosy. Dorosle sztuki sa piekne, bielutkie z zoltym dziobem. W locie, zwlaszcza na tle wysokiego skalnego urwiska, wygladaly naprawde elegancko. Skrajem urwiska wrocilismy do naszej plazy, z ktorej wyruszylismy. Spowrotem na statek i obiad. Byl tunczyk w sosie cytrynowm z warzywami. Mowilem juz chyba ze kucharz jest genialny? Poznalismy pare Slowakow z Bratyslawy. Tradycyjnie zaczelismy wymieniac sie doswiadczeniami z podrozy. Jak mozna podrozowac? Otoz Panstwo kupili wycieczke w biurze podrozy za ktora zaplacili 30000Euro za 2 miejsca. Ekwador, Galapagos, Peru, Chile i Argentyna w ciagu 1miesiaca. Wszystkie przeloty w klasie business. Natomiast w zeszlym roku jechali pociagiem z Pekinu do Moskwy - jakas ekskluzywna wersja 16dniowa pociagu transsyberyjskiego, all inclusive z szampanem lejacym sie strumieniami - koszt 40000Euro za 2 osoby. Taaak, o czym to ja pisalem, ze tunczyk z warzywami byl genialny? Bo byl. Nasz statek oplynal wyspe i zatrzymal sie zatoczce. Na piaszczystej plazy zaslanej lwami morskimi spedzilismy cale popoludnie opalajac sie i kapiac. Lwy byly dosc zaborcze i co chwila przeganialy ludzi zeby sie polozyc na ich miejscu. W koncu to ich terytorium a my tylko jestesmy intruzami. W jednej czesci zatoczki w wodzie bujala sie rodzinka kilku zolwi. Dawaly sie unosic falom, wystawialy glowy ponad wode. Glowa takiego zolwia miala wielkosc mojej zacisnietej piesci. Na statku czekala na nas goraca pizza, kajuty posprzatane, reczniki wymienione. Jak w najlepszym hotelu. Kucharz sie nie popisal na kolacje, podal groszek i kalafior, dwie rzeczy ktorych najbardziej nie lubie. Tego wieczoru znowu bujalo. I to jeszcze gorzej niz wczoraj. Bujalo na boki, nie sposob bylo zachowac rownowagi. Nasze kolezanki z pracy wybieraja sie na 2tygodniowy rejs po Karaibach, mam nadzieje ze sa swiadome tego co robia i wezma duzy zapas lekow na chorobe morska. Ja na kolejny rejs sie dlugo nie pisze.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz