niedziela, 26 października 2008

Jeszcze Amsterdam

W Amsterdamie na lotnisku leczylem chorobe. Stara inkaska metoda, absolutnie nie polecana przez lekarzy, za to szeroko stosowana przez cala ludzkosc. Alkoholem. Zadekowalismy sie w milym kacie na lotnisku i Martinez donosil, herbate z rumem, porto, koniak, precelki i znowu rum, porto koniak. Nie wiem czy choroba mijala, ale znieczulenie napewno dzialalo. Lotnisko powoli sie wyludnialo, oprocz ludzi oczekujacych na kilka ostatnich nocnych rejsow. A my twardo, rum, porto, koniak. Tej nocy w Amsterdamie siapilo za oknem. Z zamyslenia wyrwal mnie Martinez sugerujac, ze zeby zostac wpuszczonym na poklad musimy umyc zeby. Poczym wyciagnal z podrecznego plecaka dwie skladane szczoteczki do zebow i dwie tubki pasty. Sensodyne czy Paradontex? - spytal. Wspominalem juz ze milo sie tym gosciem podrozuje? :-) Przepalone koniakiem gardlo jakby mniej bolalo. Martinez powrocil drugi raz ze sobie tylko znanego miejsca na lotnisku z kieszenia wypchana torebkami z herbata. Na zas, jak wytlumaczyl.

Brak komentarzy: