niedziela, 26 października 2008

podroz

Fatalnie znioslem ta podroz samolotem Amsterdam - Quito. Fatalnie, czuje sie coraz gorzej, nie moge juz przelykac sliny. Staralismy sie spac cala podroz, jako ze jest to nocny rejs. A nad Bonaire przezylismy chwile grozy. Samolot zszedl do ladowania w calkowitych ciemnosciach. Lal deszcz. Przez okna widzielismy tafle wody odbijajaca sie w swiatlach samolotu. Ale deszcz padal tak mocno, ze nic nie bylo widac na odleglosc 20metrow po bokach. Samolot obnizyl sie nad wode i nienaturalnie dlugo lecial bez zmian. Naraz poczulismy mocne szarpniecie, pelna moc silnikow i samolot zaczal sie unosic. Zostawilismy lotnisko pod soba. Zaczal zataczac kolo w powietrzu i kapitan poinformowal, ze z powodu deszczu nie moglismy wyladowac. Podchodzilismy jeszcze dwa razy do ladowania i dopiero za trzecim bezpiecznie sie udalo. Nasz samolot byl jedynym na plycie lotniska. Z powodu opoznienia nie pozwolono nam wysiasc i kisilismy sie w dusznym samolocie. Temperatura powietrza o 3godzinie w nocy wynosila 26stopni. Po 30 minutach postoju ruszylismy dalej.

Brak komentarzy: