środa, 5 listopada 2008
3 kondory
Dzis grany byl kanion Colca. Pobudka 2 w nocy, wyjazd pol godziny pozniej busikiem w 9osob w calkowitych ciemnosciach. Bylo w koncu przynajmniej zimno, do tego stopnia ze szyby parowaly i kierowca mial trudnosci z widocznoscia. A jechalismy bagatela droga wijaca sie wsrod gor na wysokosci ponad 4 tys. m. n.p.m. Po swicie dojechalismy do Chivay, stolicy regionu Indian Colca. Polozona jest na 3633m. Szybkie sniadanie i zwiedzanie. Jadac droga w gory zobaczylismy pierwszych Indian. Mezczyzni nie wyrozniaja sie niczym szczegolnym, zajmuja sie rola, tacy niscy kowboje. Kobiety tez niskie, z pieknymi zakrzywionymi nosami, ubrane niezwykle kolorowo, w kapeluszach na glowie i tobolkami na plecach. Na placyku przed starym kosciolkiem moglismy podziwiac taniec Indianek wokol fontanny. Malo skomplikowany, nawet ja bym dal rade tak zatanczyc, no ale nie o to chodzi... Dla potrzeb turstow do zdjec ustawily sie tez kolorowo ubrane Indianki z alpakami i orlami. Justyna skrzetnie skorzystala z okazji. Nie musze chyba dodawac, ze na kazdym kroku kolorowe Panie w ponczach i kapeluszach maja swoje kramy oferujac wszystko co da sie wydziergac z welny alpaki. Bieda w tych miasteczkach w dolinie Colca az piszczy, co nie znaczy, ze nie zyja dobrze z turystow. To chyba ich glowne zrodlo zarobkowania. Naszym busikiem przemieszczalismy sie po gorach waska szutrowa sciezka majac w dole coraz bardziej powiekszajacy sie kanion. Jest imponujacych rozmiarow, ocenia sie, ze jest 2 razy glebszy niz slynny Wielki Kanion w USA. Co ciekawe duze jego tereny w dolnych czesciach sa przeznaczone pod uprawy. Poszatkowany jest zielonymi tarasami, wzdluz wijacej sie tam leniwie rzeczki. Finalnym przystankiem na naszej gorzystej sciezce byl Cruz del Condor, czyli punkt obserwacyjny kondorow. Wiadomo, w koncu jestesmy w Andach i nie moglo zabraknac tych ptakow. No wiec bylo ich cale 3 sztuki. Nawet daly sie uprosic dziesiatkom turystow i poszybowaly sobie kilkakrotnie w kanionie. Nic specjalnego jesli mam byc szczery. Zjechalismy na dol do Chivay w poludnie i zeby sie odswiezyc zawitalismy do Hot Springs - taki lokalny kompleks kilku basenow, ktory czerpie wode z termalnych goracych zrodel pochodzenia wulkanicznego. Moze gdyby bardziej sie postarali zeby dopiescic to miejsce to bym wyrazil zachwyt, a tak znowu musze sie powtorzyc, nic takiego. Poplywalismy w goracej wodzie, oplukalismy sie pod lodowatym prysznicem i do miasta na obiad. Potem kwadrans zeby sprawdzic na lokalnym bazarku, czy aby ceny czapek nie sa nizsze niz w Arequipie i powrot do busiku. Przewodnik trafil nam sie kiepsko, bo raz ze mowil malo to jeszcze tak niewyraznie, ze nie wiedzielismy czy mowi po angielsku czy hiszpansku. Zatrzymywalismy sie jeszcze w wielu miejscach po drodze aby podziwiac kanion, popatrzec na zyjace na wolnosci alpaki, na wysokosci prawie 4900metrow zrobilismy postoj w miejscu z ktorego doskonale widac bylo okoliczne szczyty gor i wulkanow. Nie powiem zapieralo dech w piersi Ale nie widoki a rozrzedzone powietrze. Kazdy szybszy ruch powodowal trudnosci ze zlapaniem oddechu. Ale tak generalnie, musze powiedziec, ze nie mamy akurat z tym wiekszych problemow. Widocznie kazdy organizm inaczej to odczuwa. Ostrzegano nas zeby nie pic alkoholu na tych wysokosciach, tymczasem regularnie pije lokalne ciemne piwo i czuje sie jak mlody bog ;-) Do Arequipy wrocilismy po piatej, wytrzesieni i zmeczeni calodniowym programem. Ledwo sie zmusilem napisac tych kilka zdan. Jutro znow wstajemy o swicie, po szostej rano mamy samolot do Juliaca, bedziemy starali sie dostac nad jezioro Titicaca.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz