niedziela, 2 listopada 2008

Islas Ballestas - Galapagos dla ubogich


Ceviche w wykonaniu peruwianskim jest genialne. To owoce morza podane na lisciu salaty, pokryte czerwona cebula i skropione sosem cytrynowym. Palce lizac. W Limie kupilismy sobie pakiet dwudniowy od sprzedawcy w biurze podrozy Julius, ktory naprawde zasluguje na uznanie, bo przyszlismy tylko po bilety autobusowe a efekt jest taki ze siedzimy na skraju pustyni Paracas na nedzna zatoka pelna kutrow rybackich i wcinamy squidy :-) Czuc bylo, ze gosc jest specjalista w momencie kiedy poprosilismy o bilety a on z usmiechem na twarzy zdjal monitor z biurka i rozpostarl przed nami mape. Bron boze nie mowie, ze cos jest nie tak. Wszystko jest absolutnie cacy i jestesmy jak dotad bardzo zadowoleni z uslug biura. Nawet z faktu, ze musielismy dzis wstac przed 3rano w zupelnych ciemnosciach i zejsc do recepcji hostalu, gdzie czekal juz na nas gosc z samochodem. Mieszkancy Limy jak widac swietnie sie bawia w nocy, jechalismy na dworzec autobusowy a na ulicach bylo duzo ludzi. Moze to fakt, ze wczoraj wieczorem byl Halloween a peruwianczycy, jak zauwazylismy , zwlaszcza po przebranych dzieciach bardzo polubili ten zwyczaj. Co prawda ich cmentarze wygladaja zgola dziwnie. Groby wylozone sa kafelkami, jakimi u nas wyklada sie lazienki. Ale pewnie dobrze sie to zmywa. W okolicach dworca moglismy zobaczyc jakie jeszcze rozrywki oferuje noca Lima, przy ulicy staly atrakcyjne panie oferujac kierowcy w mgnieniu sekundy szybki przeglad swoich wdziekow. Staly mianowicie tylem w samych stringach wypinajac zgrabne posladki do przejezdzajacych samochodow. Dworzec autobusowy linii Cruz del Sur w Limie rewelacja. Ogrodzony teren, ochrona, wygodny parking, w srodku klimatyzowana poczekalnia, stanowiska odprawy jak na lotnisku, komputerowe stanowiska informacyjne. Polska ze swoimi PKS-ami to jakas zenada przy tym serwisie, jestesmy sto lat za murzynami. Bagaze oddaje sie w okienku i dostaje kwit bagazowy, na pokladzie autokaru jest stewardesa w szpileczkach :-) Przy 3-godzinnym rejsie dostalismy lekki posilek. Siedzenia ekonomiczne rozkladaja sie do pozycji polezacej a w klasie first do calkowicie lezacej. Takich rzeczy nie ma nawet w niektorych samolotach. Dziwne bylo to, ze ze wzgledow bezpieczenstwa kazdy pasazer przy odprawie a potem na pokladzie autokaru zostal nakrecony kamera video przez pracownika ochrony. Podobno dla celow bezpieczenstwa. Dojechalismy do Paracas, tam szybki transfer na lodz motorowa i poplynelismy na Islas Ballestas - tzw. Galapagos dla ubogich. Mi sie podobalo, bylo to swietne uzupelnienie tego co widzielismy na wyspach w Ekwadorze. Rejs trwa okolo 2 godzin i plywa sie wokol kilku wysp, zamieszkalych glownie przez ptaki. A sa ich tysiace. Kiedy zrywaja sie do lotu niebo robi sie czarne. Kiedy siedza na skalach tworza bialy dywan. Ciekawostka jest fakt, ze wyspy okresla sie jako Islas Guanas, ktorych jest w okolicy 28. To znaczy, ze na wyspach zbiera sie co kilka lat odchody ptakow jako wysokogatunkowy, naturalny nawoz. Po kilku latach glebokosc warstw odchodow na wyspie moze dochodzic do kilkunastu metrow. To sie nazywa robic interes z gowna :-) Czyli jak napisalem, ptakow sa tysiace, mewy, pelikany, na niektorych wyspach kormorany. Sa tez duze kolonie lwow morskich. W wodzie pluskaja sie delfiny. Cudnie, tylko strasznie wieje i urywa glowe jak lodz szybko plynie w strone powrotna do portu. Na ladzie, przy deptaku z restauracjami spotkalismy naszych Slowakow z Galapagos. Popijali kawe w otoczeniu grupy swoich rodakow i wielce sie ucieszyli na nasz widok. No a godzine pozniej zabralismy sie na wycieczke po rezerwacie Paracas, ktorej nigdy nie mielismy w planach, ale sympatyczne biuro Julius nam sprzedalo w pakiecie. Rezerwat Paracas to w zasadzie pustynia, tak wiec robimy sobie zdjecia na tle wydm oraz na skraju wysokich klifow nad oceanem. A na lunch zawieziono nas do jakiejs, trudno to nawet nazwac oazy, bo nie ma tam drzew , powiedzmy osady. W zatoczce jest zacumowanych moze 30kutrow rybackich a na ladzie stoja 3 restauracje oraz budynek z toaleta. Toaleta jest jedna jedyna i wlasciciel pobiera 15soli (czyli 15zlotych) za wizyte. Niezle, co? Poszlismy do knajpy nie polecanej przez naszego przewodnika, zeby nie dostal za nas haraczu. Jedzenie jest na szczescie pyszne. Dzis po poludniu czeka nas dalsza podroz autobusem do Nazca.

Brak komentarzy: