czwartek, 6 listopada 2008
Jestesmy w Cuzco
Zapadl zmrok a na ulicach nadal trwala zabawa. Zostawilismy Justyne w hotelu, bo byla zmeczona i postanowila isc spac i poszlismy z Martinezem na glowny plac. Caly plac i schody przed katedra byly zapelnione ludzmi. Ulicami szly kolorowe grupy tancerzy. W odroznieniu od popoludnia kiedy prezentowaly sie szkoly dzieci i mlodziezy, teraz prezentowali sie dorosli. Peruwianki kojarza sie z niskimi, korpulentnymi kobietami w kolorowych chustach, tymczasem na placu tanczyly dlugonogie, zgrabne dziewczyny w mini spodniczkach na wysokim obcasie. Zastanawiam sie czy starsze pokolenie babc na trybunach nie czulo sie zgorszone. Atmosfera panowala jak na karnawale. Sklepikarki na przenosnych rusztach smazyly szaszlyki z alpaki, byly ciastka, przekaski, napoje w torebeczkach. Co chwila wybuchaly petardy. Jedna wielka zabawa. Skonczylo sie okolo 8mej i niesieni przez tlum jeszcze przeszlismy sie po miescie. Natrafilismy na pasaz handlowy, zupelnie zrobiony pod turystow, z pubami, pizzeriami, nowoczesnymi sklepami. Dobrze ze nie trafilismy tam rano, bo zepsuloby nam to wizerunek Puno. Komercja niestety jest widoczna na kazdym kroku. Kiedy ladowalismy w Juliaca na lotnisko w hali przylotow grala kapela indianska zupelnie jak u nas na Placu Zamkowym. Dzis siedzimy na lotnisku, zeby odleciec do Cuzco i ta sama kapela tez odgrywa swoje hity i zbiera pieniadze. Na lotnisko dostalismy sie nie bez problemow. Zamowilismy wczoraj taksowke, poniewaz jedzie sie prawie godzine Przyjechal jakis peruwianczyk rano, zaladowalismy sie i ruszylismy w droge. Dojezdzamy do rogatek miasta a tam blokada policyjna. Kierowca skrecil na stacje benzynowa obok, zatankowal i wyjechal w odwrotna strone niz nalezalo jechac. Wjechalismy na pelna wertepow polna droge omijajac policje. Kierowca tlumaczyl ze nie ma pozwolenia na wozenie turystow, bo nie jest... taksowka. Wyjechalismy kilka kilometrow dalej na szose, ale tam tez stal radiowoz. Policjant cos gwizdnal ale nasz samochod sie nie zatrzymal i pojechalismy dalej. Nikt nie strzelal, nie bylo poscigu ;-) Przedmiescia Cuzco tak samo beznadziejne jak wszystkie inne miasta Peru, brudne, parterowe, ceglane kwadratowe budynki, chaotycznie rozrzucone po ulicach. Troche nas to zniechecilo w pierwszym momencie. Ale jak tylko wyszlismy z naszego Hostelu Cusi Wasi i zaczelismy zblizac do glownego rynku, widoki zaczely zmieniac sie diametralnie. Stare kamienice z pieknie rzezbionymi balkonami i drzwiami, luki, male placyki z zielenia. Doszlismy do Plaza de Armas i oniemielismy z zachwytu. Przepiekne miejsce, najpieknieszy rynek jaki dane nam bylo dotad zobaczyc w Peru. Jest duzy i kolorowy. Jakze odmienny od przedmiesc peruwianskich miast. Schludnie utrzymany z pieknym trawnikiem, tonacy w kwiatach, zoltych i bialo rozowych. Posrodku obowiazkowo imponujaca zielona fontanna. Z jednej strony placu jak zwykle kosciol, na rogu katedra, a pozostale czesci placu zapelnaja niezwyklej urody, przecudne dwupietrowe kamieniczki z arkadami na parterze. Kazda kamieniczka ma misternej roboty drewniane wykusze w ktorych mieszca sie kawiarenki. Wszystkie budynki kryte sa czerwona, ceramiczna dachowka. W tle widac na wzniesieniach podobne zabudowania starowki Przepiekne miejsce. Uliczki odbiegajace od placu, nie mniejszej urody, waskie wybrukowane kamieniem, stromo ciagnace sie w dol i gore. Wszedzie galerie, sklepiki, knajpki. Zwiedzilismy katedre, ociekajaca zloceniami, wypelniona niezliczona iloscia malowidel, w tym obraz z ostatnia wieczerza, na ktorej Jezus z apostolami zajada swinke (chyba morska, ale nie jestesmy co do tego zgodni). W kazdym badz razie swiatynia razi przepychem i bogactwem. Sporo tez kosztuje przyjemnosc podziwiania tego - 25soli. Potem odwiedzilismy Qorikancha - kosciol katolicki wybudowany na fundamentach i murach najstarszej swiatyni inkaskiej w Cuzco. Wrazenie robia fragmenty murow swiatyni inkaskiej, sa to bloki skalne idealnie przyciete i do siebie dopasowane bez uzycia zaprawy. W Cuzco mniej widac kolorowej ludnosci lokalnej, za to wiecej turystow. Na kazdym rogu na starowce dziewczyny oferuja masaz. Nie znam szczegolow tej oferty bo Justyna nas dobrze pilnuje ;-) Wogole nabrala sil po wczorajszej niedyspozycji i dzis ciaga nas po miescie, kosciolach i muzeach. Martinez zasypia wlasnie w restauracji czekajac na kurczaka z czosnkiem. Za mna chodzi dzis jakies krwiste mieso... ale na steka z argentynskiej wolowiny raczej nie ma szans. Kroluje kurczak i alpaka. Mamy piekne sloneczne popoludnie i po obiedzie jedziemy na wzgorze gorujace nad Cuzco - Saqsaywaman zeby podziwiac pozostalosci po inkaskiej warowni.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz