sobota, 1 listopada 2008
Lima pierwsze kroki
Lima to miasto wielu kontrastow. Brzydoty i piekna, biedy i bogactwa. Jak zwykle po przylocie byly przejscia z taksowka. To chyba juz norma w kazdym wiekszym miescie, ze taksowkarze rzna turystow. Zaczepil nas najpierw jeden gosc po wyjsciu z terminala i proponuje taksowke Ile pytamy? 150soli. Cena z kosmosu, wiec idziemy dalej. Stoi stoisko oficjalnych taksowek Green Taxi, cennik mowi ze do Miraflores, gdzie jest nasz hostal koszt taxi to 45soli. No to okay. Stoimy w tej kolejce i co chwila podchodzi jakis kierowca z wywieszona legitymacja Green Taxi i oferuje nam przejazd?! Troche dziwne skoro juz stoimy wlasnie po taki przejazd. Ale wszystko sie wyjasnia jak dochodzimy do panienki, ktora przyjmuje kase i wystawia vouchery. Chcemy placic a ona wskazuje na kierowce obok i mowi, ze zaplacimy przy hotelu. Wszystko jasne. Idziemy wiec z gosciem, ktory nas podwiezie na czarno, choc oficjalnie pracuje w Green Taxi. Po chwili nie ma juz sladu po tym ze tam pracuje, bo sciaga jednym ruchem reki znak taxi z dachu i rzuca na fotel pasazera. Ale do hostalu Porta w dzielnicy Miraflores nas dowiozl szczesliwie. Troche z dusza na ramieniu, no bo wiadomo straszyli nas, ze jest niebezpiecznie w Limie. Faktycznie domki w dzielnicy Miraflores, niektore sliczne ale wszystkie otoczone wysokimi kratami, chronione drutem kolczastym. Na ulicach widac ochraniarzy albo policje. Miraflores polozone jest na wysokiej skarpie, otoczenie jest pieknie zadbane, trawniki, place zabaw, fontanny, kamienne posagi. Do tego wysokie, nowoczesne apartamentowce. Wzdluz glownych ulic dobre sklepy i restauracje. Ale peryferie miasta wygladaja zgola inaczej. Brudne, chaotyczne dzielnice fabryczne pokryte smogiem. Wszystko jest brudno betonowe. Widac ubogich ludzi, bezdomnych, inny swiat. Nasz hostal okazal sie niewielkim domkiem w dzielnicy podobnych budynkow. Pokoje obszerne, bardzo wysokie, po 4 nocach spedzonych w ciasnej kajucie wydawaly sie wielkie jak hala. Taki stary kolonialny dom. Byl juz pozny wieczor po dziewiatej, wiec zasiegnelismy jezyka i poszlismy szesc przecznic dalej w kierunku Placu 7 czerwca. No takiej Limy sie nie spodziewalismy. Moze raczej oczekiwalismy ubranych na kolorowo w peruwianskich czapeczkach grajkow. Tymczasem to raczej przypominalo Cancun. Dziesiatki kolorowych, dudniacych muzyka knajp. Kluby nocne, dyskoteki, karaoke, jedno przy drugim. Naganiacze ciagnacy cie do swojej knajpy, nakrzykujacy z wszystkich stron. Peruwianki usmiechniete, szczuple, wysokie, jakis wyselekcjonowany sort :-) Dalismy sie zwabic na osmiorniczke w sosie z czarnych oliwek i litrowe piwo. Do hotelu dotarlismy po polnocy i padlismy wyczerpani z ulga na wielkie szerokie lozka z pachnaca posciela. Mimo ze ze statku zeszlismy juz 24godziny temu to nadal nami kolysalo...
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz