wtorek, 4 listopada 2008
Swinki morskie i Cusquena
Nabralismy ciuchow jak na zime a tymczasem pogoda nas rozpieszcza. W dzien sloneczko przyjemnie pali w kark i odsloniete ramiona. Smarujemy sie piecdziesiatka a i tak nos i uszy mamy czerwone. Dzien spedzilismy w Arequipie. Przyjechalismy tu wczoraj wieczornym autobusem z Nazca. Bylo po jedenastej w nocy. Miasto wymarle. Tania taksowka pojechalismy do posady, ktora znalezlismy w internecie, ale nigdy nie dostalismy potwierdzenia rezerwacji. Samochod kluczyl po ciasnych, wymarlych ulicach. Gdzieniegdzie na rogu stal patrol policyjny, poza tym ani zywej duszy. Zatrzymalismy sie posrodku jakiejs kolejnej uliczki, jeden i drugi jej koniec tonal w slabo oswietlonych ciemnosciach. Drzwi w fasadzie budynku nosily napis Posada San Juan, wiec wszystko w porzadku. I tak jak pisalem wczesniej, nie nalezy sie sugerowac zewnetrzna fasada. Po wejsciu po schodkach okazalo sie ze zarezerwowalismy sobie calkiem przyjemny, sympatyczny hotelik z malym patio. W dodatku z bezplatnym wifi dzieki czemu pisze tego bloga i wiem niestety jak polegl Kubica :-( Miasto jest pelne uroku. Dzis mamy dzien bez napietego planu zwiedzania, wiec walesalimy sie po uliczkach, pilismy kawe w restauracjach na Plaza de Armes i zjedlismy swinke morska z rusztu. Smakuje jak pieczony kurczak a wyglada jak rozdeptana ...swinka morska. Pieka ja razem z pyskiem i pazurami, wiec widok na talerzu nie jest zbyt zachecajacy. Ale doszlismy do wniosku, ze peruwianczycy pewnie tak samo pomysleliby o tym, ze my jemy kroliki czy bazanty, wiec nie powinnismy sie dziwic, ze oni lubia swinki morskie. Stare miasto w Arequipa jest urocze. Piekny duzy plac centralny czyli Plaza de Armas obsadzony jest palmami i obowiazkowo posrodku ma fontanne. Jeden z bokow placu zajmuje Katedra z bialego kamienia z imponujacymi dwoma wiezami gorujacymi nad miastem. Pozostale 3 boki tworza kamienice z sukiennicami. W kafejce na pietrze w sukiennicach sprobowalismy herbaty z lisci koka. Smierdzi suszonym sianem, podobnie jak herba matte w Argentynie. Ale ma ponoc lagodzace dzialanie przy objawach choroby wysokosciowej. A Arequipa polozona jest na wysokosci 2350 m n.p.m. Jako dwaj nadcisnieniowcy odczuwalismy z Martinezem ta wysokosc. Oddech staje sie krotszy, serce szybciej bije, wkrada sie nerwowosc i czlowiek sie szybko meczy. Justyna nie odczuwa wogole taki objawow, ma niskie cisnienie i czuje sie na tych wysokosciach jak ryba w wodzie. Na wszelki wypadek kupilismy sobie w aptece tabletki na sorochi, czyli wlasnie na chorobe wysokosciowa. Jutro, a w zasadzie dzis w nocy bo o 2:30 wyjezdzamy na wycieczke do kanionu Colca. Bedziemy tam na wysokosci ponad 4000m. n.p.m. W poludnie dzisiejszego dnia zrobilismy sobie wycieczke do Monasterio de Santa Catalina. Klasztor ten polozony jest 2 przecznice od Plaza de Armas i jesli mozna by go okreslic jednym zdaniem to jest cudny jak cukierek. Jest rozlegly i parterowy. Zbudowany w 1579 r. sluzyl jako schronienie dla kobiet, ktore zdecydowaly sie wstapic na cala reszte swojego zycia do klasztoru. Poczytywano sobie to za zaszczyt jesli jedna z corek z zamoznej, szanowanej rodziny decydowala sie na taki krok i zamieszkiwala w prywatnej celi wewnatrz murow. Klasztor wyglada jak male sredniowieczne miasteczko z platanina waskich uliczek. Ma piekne kolory murow, biale, ciemno-czerwone i intensywnie niebieskie, kilka dziedzincow z lukami, fontanne, schodki, luki nad uliczkami, wreszcie ogrody. Piekne miejsce do zwiedzania i fotografowania. Poznym popoludniem, kiedy w koncu wyrwalismy sie z bazaru ze swetrami z alpaki, gdzie kupilem sobie, oczywiscie, jakzeby inaczej czapke a'la Tusk, tylko ze mniej kolorowa, wspielismy sie do Bar on the Top. To restauracyjka na dachu najwyzszej kamienicy przy Placu zaraz przy katedrze. Pani ubrala nas w welniane poncha, bo troche wialo. Ale jaki piekny doswiadczylismy zachod slonca! Arequipa otoczona jest wysokimi gorami w tym osniezonymi 5-tysiecznikiem El Misti i wulkanami Chachani i Pichu Pichu. Slonce schowalo sie za gorami a niebo mienilo sie kolorami czerwieni i fioletu. Podswietlono Plaza de Armas i wieze katedry. Jak w bajce. Justyna i Martinez pili znowu herbate z lisci koki a ja nie moglem sobie odmowic, mimo ich potepiajacych min, ciemnego lokalnego piwa Cusquena. Jest po prostu znakomite. Najwyzej bede jutro cierpial wysoko w Andach... Oby nie.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz