czwartek, 6 listopada 2008
Titicaca
Zostawilismy za soba gorzysta Arequipe i przelecielismy samolotem do miejscowosci Juliaca, ktora z gory jest plaska jak stol Ubogo tu strasznie i nie ma kompletnie nic. Taksowka zbiorcza zabralismy sie do Puno, miasteczka nad jeziorem Titicaca, ktore znajduje sie 45km. od lotniska. Przysnelismy podczas drogi zeby sie natychmiast przebudzic kiedy Pani w hostelu powiedziala, ze niestety nie ma dla nas miejsc. Jakas grupa przedluzyla sobie pobyt o jeden dzien. Znalezli nam na szczescie trojke w hotelu niedaleko z ladnym widokiem na jezioro. Coz Puno niewiele sie rozni od dotychczas widzianych miast w Peru jesli chodzi o architekture, jednak jego niewatpliwa zaleta jest polozenie na wzgorzach i dostep do jeziora Titicaca. Uliczki sa strome i waskie, domy nieotynkowane, ceglane, niewykonczone Ale po raz pierwszy poczulismy lokalny peruwianski folklor, niekoniecznie prezentowany dla turystow. Kobiety chodza po ulicach kolorowo ubrane w charakterystycznych malych melonikach. Ich chusty i spodnice sa oblednie kolorowe. Trafilismy dzis tj. 5listopada na doroczne swieto z okazji narodzin pierwszego Inki - Manco Capac. Miasto zylo tym swietem. Glowna ulica prowadzaca do portu pelna byla miejscowych, handlarzy, turstow na szczescie jak na lekarstwo, zaledwie kilka osob. Dotarlismy do portu, kupilismy bilety na stateczek na wyspy Uros, rowniez znane jak Islas Flotantes. Przed portem dziki tlum na cos czekal. Mielismy juz plynac kiedy na horyzoncie ukazala sie flotylla stateczkow, kilka wiekszych kilkuosobowych oraz kilkadziesiat malych czolen jednoosobowych zbudowanych z trzciny. To Indianie Uros przybywali z wyspy do Puno. Kolorowi, przebrani w swoje tradycyjne stroje, w pioropuszach. Doplyneli do brzegu i wyszli tanczyc na ulicach w kolorowych orszakach My tymczasem plynelismy juz w strone zielonych trzcin totora, ktore porastaja jezioro Titicaca. Byla nas tylko czworka, tj. my i poznany przypadkowo francuz. Wedrowal sobie przez kilka miesiecy po Ameryce Poludniowej a mieszka na codzien w Lyonie, gdzie zawodowo przycina murawe na stadionie. Indianie Uros mieszkaja na slynnych plywajacych wyspach zbudowanych z kilku warstw trzciny totora. Co kilka lat musza klasc dodatkowe warstwy trzciny, ktora gnije od spodu. Chaty, lodki, wszystko zbudowane jest z tych trzcin. Wysiedlismy na jednej z wysepek, gdzie rodzina kobiet zrobila dla nas szybka prezentacje, potem przewiezli nas czolnem na kolejna wyspe. Podloze ugina sie pod stopami, gdzieniegdzie stopa potrafi sie zapasc po kostke. Niestety komercja dotarla rowniez tu, miejscowi zyja z turystow i podejrzewamy, ze wiekszosc na noc wraca na lad a tu przyplywa tylko do pracy ;-) Niemniej jednak to jedyne tego typu miejsce na swiecie, jezioro Titicaca to swiete jezioro Inkow, do dzis zamieszkale przez plemiona Quechua i Aymara, najwieksze jezioro w Ameryce Pld, i najwyzsze zeglowne jezioro swiata. Pogode mielismy piekna, kilka chmurek na blekitnym niebie i palace slonce. Na tej wysokosci, 3830m n.p.m mozna sie niezle opalic. Za to pod wieczor zrobilo sie chlodno, wrecz zimno. W miescie tance i parady, orszaki maszeruja pod katedra na Plaza de Armas wzbudzajac wielkie zainteresowanie miejscowych. Choroba wysokosciowa dala o sobie znac, Justyna sie gorzej poczula w ciagu dnia, bole glowy, nudnosci brak apetytu. Herbatka z lisci koka nie bardzo dziala. Na szczescie konczymy z tymi wysokosciami, jutro zjezdzamy nizej, lecimy do Cuzco. A zapomnialem dodac, ze na wyspie Uros w chacie z trzciny zjedlismy smazona, swiezutka rybke z jeziora z ryzem. Bardzo smacznie i folklorystycznie. Puno jak dotychczas, najbardziej nam sie spodobalo pod wzgledem kolorytu i atmosfery, tutaj widac i czuc Peru, ktore znalismy z opowiesci i filmow dokumentalnych. Jest super fajnie :-)
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz