niedziela, 9 listopada 2008

W drodze do Machu Picchu

Dochodzimy do wniosku, ze Peru jest drogie. Jasne, kazdy znajdzie cos na wlasna kieszen, mozna sie przespac za 10soli jak i za 80soli, mozna zjesc za 10soli jak rowniez za 40. Nam blizej do tych drugich opcji, ale to dlatego ze mamy malo czasu i wszystko musimy miec z gory, szybko i sprawnie zalatwione. Niektorych rzeczy nie da sie jednak uniknac. Oplaty dla turystow za wejscia do muzeow, kosciolow i obiektow historycznych sa koszmarnie wysokie. Byle jaki kosciol w kazdym miescie to conajmniej 10soli (1 sola = 1 zloty), katedra w Cuzco 25soli a jak wjechalismy na szczyt wzgorza nad Cuzco gdzie mieszcza sie ruiny twierdzy Saqsaywaman okazalo sie ze wstep kosztuje 40soli. A do obejrzenia jest tam w zasadzie tylko czesc murow zbudowanych z duzych blokow kamiennych. Szczerze mowiac nic niezwyklego. Za to faktycznie widok na miasto Cuzco z gory jest fantastyczny. Do miasta schodzi sie wybrukowanymi schodami. Po starowce mozna chodzic godzinami, jest to pelne uroku miasto i zdecydowanie godne polecenia w Peru. Zreszta kazdy kto przyjezdza do tego kraju z pewnoscia musi zobaczyc Machu Picchu a wiec naturalne jest, ze musi zatrzymac sie w Cuzco. Jak bardzo jest to skomercjalizowane miasto pod gusta turystow, niech swiadczy fakt, ze na glownym rynku jest McDonalds ;-) Zjedlismy tu lody, rowniez dlatego ze maja darmowe wifi. W Arequipie zamowilismy sobie bilety na pociag do Aguas Calientes jak rowniez nocleg. Mial go ktos dostarczyc nam do hostelu w Cuzco. Wrocilismy na nocleg a voucherow nie ma. Poprosilismy recepcjoniste zeby zadzwonil pod podany numer telefonu i po krotkiej rozmowie oswiadczyl, ze ktos przyjdzie o 8mej. Nikt nie przyszedl, zadzwonilismy jeszcze raz i obiecano nam ze nastepnego dnia rano ktos sie zjawil. Do 9tej rano nie bylo nikogo. Troche w nerwach, bo tego dnia mielismy jechac rano do Ollantaytambo znowu dzwonimy do coraz bardziej podejrzanego biura podrozy. Po chwili zjawil sie gosc, ale przyniosl tylko bilety w jedna strone i na pozniejsza godzine niz wstepnie sie umawialismy. Voucherow na hotel nie przywiozl. Troche nam puscily nerwy, ale co robic. Jedziemy dalej i liczymy na to, ze rzeczywiscie na miejscu ktos nam wreczy bilety powrotne i przyjma nas do hotelu. Dzis zarzadzilismy dzien oszczedzania na transporcie, ale zarazem zblizenia z miejscowa ludnoscia. Podjechalismy taksowka na przedmiescia Cuzco przy Puente Grau, gdzie miesci sie maly dworzec autobusowy. Zaraz obok w podworku stalo kilka taksowek i busikow i otoczylo nas naraz kilku mezczyzn mocno nalegajacych zeby skorzystac z ich prywatnej oferty. Nie spodobaly nam sie ich geby i natarczywosc wiec mocno sciskajac plecaki przeszlismy na druga strone ulicy, gdzie w podobnym podworku stalo kilka zniszczonych autobusikow z napisem Urubamba. Maly budyneczek z oknem, gdzie kupuje sie bilety i kolorowy tlumek ubogo wygladajacych pasazerow. Bilet kosztowal 3.50soli i o dziwo mielismy nawet przyznane miejsca. Nie wszyscy mieli takie szczescie, bo zaladowalo sie do autobusu tyle osob ile akurat bylo chetnych. Zanim ruszylismy weszla pani w kapeluszu i zaczela cos mowic do podrozujacych. Autobus ruszyl a Pani zaczela cos spiewac. Potem z torby wyjela opakowanie ze slodyczami, cos ala gumy mamba i zaczela sprzedawac. Poprzeciskala sie pomiedzy ludzmi w autobusie, sprzedala trzy sztuki i wysiadla. Tymczasem pojazd sie zapelnial coraz bardziej, po drodze wsiadali coraz nowsi pasazerowie, az zrobil sie taki scisk ze juz nikt nie mogl sie wiecej zmiescic. Zaraz przy nas stanela kobieta z mala dziewczynka umieszczona w kolorowej chuscie na plecach. Za reke trzymala chlopczyka, moze 5letniego a w drugiej rece miala torbe z ktorej dochodzilo miauczenie i cos sie w niej ruszalo. Kiedy mala dziewczynka o olbrzymich czarnych oczach zaczela plakac, mama obrocila chuste do przodu i zaczela ja karmic trzymajac sie jedna reka poreczy. Martinez wydobyl z plecaka snickersa i dal malemu chlopcu. Bardzo niesmialo wzial do reki patrzac na mame i przez nastepne pol godziny trzymal w raczce nie wiedzac co z tym zrobic. Kiedy juz prawie caly baton mu sie rozpuscil w dloni, otworzyl go zwracajac uwage czy nie patrzymy i wreszcie zjadl. Buzie mial cala w czekoladzie. Ubrany byl w czerwone welniane spodnie, niebieski sweter i jeszcze pulower w tym samym kolorze. My siedzielismy tylko w t-shirtach. Droga z Cuzco do Ollantaytambo jest bardzo widowiskowa. W niczym nie ustepuje widokom z kanionu Colca. Miasto Urubamba w ktorym wysiedlismy znajdowalo sie na dnie zielonej doliny otoczonej niezwykle stromymi gorami. Wysiedlismy na dworcu autobusowym i od razu naganiacze nas pokierowali na druga strone budynku gdzie zaladowalismy sie do minibusa i za 1.20soli przebylismy kolejne 25km. do punktu docelowego w egzotycznym towarzystwie Pan z tobolami i kwiatami. Ollantaytambo to malutka wioska w dolinie, do ktorej przyjezdza sie tylko po to zeby zobaczyc ruiny twierdzy inkaskiej. Zachowala sie w dosc dobrym stanie, sa cale fragmenty murow, schodow i tarasow skalnych. Twierdza jest jak przyklejona do stromego zbocza. To jedyna warownia, ktora oparla sie konkwistadorom i Indianie stoczyli tu zwycieska walke. Kiedy wspielismy sie na jej szczyt bylismy mokrzy i nieprzytomni ze zmeczenia. Wychodzi praca za biurkiem. A to przeciez tylko wprawka przed jutrzejszym Machu Picchu. Ollantaytambo robi duze wrazenie, jest pieknie polozone, w oddali widac osniezone szczyty gor z jezorami lodowcow. Obiad zjedlismy chyba w najbardziej eleganckiej restauracji w miescie, taki byl kaprys Martineza i Justyny. Jadalnia przypominala sale rycerska z Malborka. Zastawa stolowa zrobiona byla z kolorowej szklonej ceramiki z wytloczona nazwa knajpy. Obok nas siedziala tylko para grubych Amerykanow, ktorzy jako souvenir z miasteczka kupili sobie ... aluminiowy budzik elektroniczny. Teraz utknelismy na dworcu kolejowym. Bilety mamy dopiero na 20:35 a jest piata. Probowalismy dostac sie na pociag wczesniejszy o 16tej ale byl full, a poza tym lepszej klasy. Na dworcu nie ma nic do roboty oprocz picia wody z liscmi koka. Staramy sie przespac na twardych drewnianych lawkach i dotrwac do wieczora. Nasz uroczy wieczor na Estacion Ollantaytambo zakonczylismy niespodziewana wizyta w restauracji dworcowej. Jesli ktos sobie wyobrazil restauracje PKP z Ustrzyk Dolnych lub Tczewa ten jest w bledzie. Ta w peruwianskim miasteczku przypominala toskanska trattorie. Czarne, grubo ciosane stoly przykryte snieznobialymi obrusami, nakryte kieliszkami z zapalonymi swiecami. Odkryta kuchnia przegrodzona niskim murkiem z paterami owocow. Pod bielona sciana regaly z winami. Szczeka nam opadla. Kelner przed podaniem posilku przyniosl talerz z oliwkami i kawalkami zoltego sera. W pewnym momencie na peron wjechal pociag ala Orient Express, jeden taki ekskluzywny sklad kursuje raz dziennie. Poczulismy sie jak w innym swiecie...

Brak komentarzy: