niedziela, 13 września 2009

Nu som ariwe a Ankoredz

Rano w drodze na lotnisko widzialem sarne przy drodze. We Frankfurcie po plycie lotniska biegal krolik. Liczymy na to, ze po wyladowaniu w Anchorage zobaczymy przechadzajace sie po ulicach losie. Transfer w FRA odbyl sie bezproblemowo a w samolocie dopisalo nam szczescie. Zajelismy sobie 2 rzedy po 3 siedzenia tylko dla siebie. Za sluchawki sie placilo, wiec film obejrzelismy bez dzwieku... wiadomo oszczedzamy. Pierwszy drink do obiadu byl za free, kazdy nastepny po kilka euro. Dolecielismy trzezwi. Aha numer lotu mial trzy szostki - 666 The Number of The Beast. Wsrod pasazerow rejsu duza czesc stanowili 40 - 50 letni mezczyzni z 3 dniowym zarostem, w charakterystycznych kurteczkach wedkarskich i czapeczkach bejsbolowych. Wygladali na zapalonych wedkarzy i mysliwych. My przy nich, gladko ogoleni i pachnacy po wizycie w Duty Free prezentowalismy sie niemal elegancko ;-) Z Frankfurtu do ANC jest okolo 11tysiecy kilometrow i nasz lot trwal 9,5godziny. Co ciekawe wylecielismy o 12 w poludnie a do Anchorage dolecielismy o 11:30 rano. Odmlodzilismy sie wiec o 10godzin ;-) Najtrudniej bedzie nam teraz dotrwac do wieczora a jutro wstac... Anchorage przywital nas pochmurna pogoda i lekkim deszczem. Informacje na lotnisku obslugiwaly 3 siwe panie w podeszlym wieku, wolontariuszki i trudno bylo od nich czegokolwiek sie dowiedziec, za to zeby mialy jak dwudziestolatki. Anchorage na pierwszy rzut oka nie przypomina w najmniejszym stopniu filmu "przystanek alaska" . To mogloby byc kazde inne miasto w usa. Zaraz udajemy sie na dalsza eksploracje. Poki co pozdrowienia z Alaski...

Brak komentarzy: