W Anchorage wszedzie stoi sie w kolejkach. Jak w Polsce za PRLu. A przeciez to jest Ameryka, ziemia obiecana. Poszlismy wczoraj na alaskanskiego steka. Zeby zasiasc na sali trzeba bylo odczekac kilkadziesiat minut, wiec usiedlismy w barze obok z przygrywajacym na zywo trio muzycznym. Na reszte z rachunku tez musielismy czekac kilkanascie minut dopoki nie zrobilismy awantury u kierownika sali. 1kilogramowy stek i bursztynowe piwo bylo co prawda znakomite. Dzis rano czekalismy w Country Kitchen na sniadanie. Pani nas wpisala na "small waiting list" i po odstaniu swojego wpuszczono nas na sale. Kelnerka mowila do nas "sweethearts" ;-) Kolejne dwie godziny odstalismy w Avisie. Byla jedna obslugujaca babeczka ktora nie rozrozniala marek samochodow ale byla sympatyczna. Potwierdza sie, ze Amerykanie sa powolni, rozlazli ale przy tym bardzo towarzyscy i sympatyczni. Amerykanie preferuja swoje marki. Wynajmujacy przed nami ludzie, jak im zaproponowala 2 japonskie marki, zrezygnowali z nich na rzecz amerykanskiego Suburbana krzywiac sie na dzwiek Toyoty i Nissana. Caly czas od rana siapil deszczyk i bylo pochmurno. Zycie toczy sie bardzo leniwie w Anchorage. Za to jak juz odstalismy swoje, w koncu ruszylismy w trase na poludnie do miasteczka Seward. Widoki zaczely sie robic coraz ciekawsze. Jechalismy trasa widokowa Turnagain Arm biegnaca wzdluz odnogi zatoki Cooka. Z prawej strony mijalismy wode o niebieskim odcieniu, prawdopodobnie efekt duzej ilosci wapnia, z drugiej wysokie, strome gory. Na szczytach gor widac male fragmenty lodowcow. Jesli chodzi o kolorystyke drzew to dominuje soczysta zielen i jasna zolc. Gdzieniegdzie pojawiaja sie juz pomaranczowe liscie ale to nie jest jeszcze pelnia jesiennych barw. Jest calkiem cieplo, niektorzy tubylcy chodza nawet w krotkim rekawku. Im dalej jechalismy na poludnie tym bardziej sie przejasnialo i wychodzilo slonce. W Portage Valley zwiedzilismy Alaska Wildlife Conservation Center - gdzie mielismy okazje zobaczyc z kilku metrow niedzwiedzie, brazowe i czarne. Ten ostatni misio popisywal sie przed nami wchodzac na drzewo rownie szybko jak kot. Tak wiec wiemy juz, ze uciekanie przed niedzwiedziem w lesie na drzewo mija sie z celem. Przy ogrodzeniu z bizonami pewni siebie podeszlismy z Martinezem do siatki a na dzwiek aparatu bizon podniosl leb, lypnal zlowrogo okiem i rzucil sie na nas. Zatrzymaly go grube liny ale my najedlismy sie strachu. No ale najwazniejsze byly losie. Piekne, majestatyczne na krzywych nogach i z pieknym rozlozystym porozem przypominajacym lopaty z zebami. Wczoraj wieczorem w Anchorage probowalismy namierzyc losie na wolnosci i wybralismy sie wieczorem na kilkukilometrowy rekonesans poza miasto ale bez sukcesu. Dzis podziwialismy losie w pelnej okazalosci. Do Seward dotarlismy po okolo 3 godzinach i 125milach. Jest to malutka miescina z duzym portem jachtowym. Przybijaja tu tez duze statki rejsowe, ale akurat nie naszej linii Princess tylko konkurencji. Miasteczko jest malenkie, z jedna glowna ulica i kilkoma restauracjami i sklepikami. Nie za bardzo bylo tu co robic, miejscowosc byla wymarla. Nie bez problemow zjedlismy swiezy seafood w restauracji Ray's Waterfront bo przyszlismy za kwadrans piata i kelnerka nie chciala od nas przyjac zamowienia na kolacje... bo kolacje serwuja dopiero od piatej. Na wieczor dotarlismy do Anchorage a jutro wchodzimy na poklad Coral Princess.
poniedziałek, 14 września 2009
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
1 komentarz:
ALE SUPER , CHŁOPCY COS WIECEJ NP O STATKU , ZANIEDBUJECIE CZYTELNIKOW, CZEKAM NA NOWE WIADOMOSCI
POZDRAWIAM WAS SERDECZNIE , ZYCZAC WSPANIAŁYCH WAKACJI
BETTY
Prześlij komentarz