O wczorajszym dniu nie da sie nic ciekawego powiedziec, oprocz tego ze
bylismy w trasie. Mielismy dojechac z Whistler do Kamloops, ale po
dojechaniu na miejsce nie spodobalo nam sie i ruszylismy dalej.
Okolice Kamloops wogole przypominaja pustynie. Brak drzew a
porastajace zbocza gor nieliczne krzewy byly wyschniete i brazowe.
Nieliczne zielone pola jakie mijalismy byly nawadniane. Bardzo
nieciekawa i nudna okolica. Fajne miejsce do ktorego specjalnie
nadrobilismy kilkadziesiat kilometrow drogi to miejsce polaczenia
dwoch duzych rzek Fraser i Thomson. Ta pierwsza jest metna i brazowa,
ta druga przezroczysta i niebieska. W miejscowosci Lynton koryta rzek
lacza sie w jedna. Potem pojechalismy do Clearwater ale znowu bez
zachwytow, wiec ruszylismy dalej. Chcielismy skorzystac z river
safari, czyli przejazdzki lodzia motorowa wzdluz rzeki w poszukiwaniu
niedzwiedzi. Ponoc najlepsze miejsce w okrgu 100km. W ksiazce gosci
bylo pelno wpisow zachwyconych gosci, ale wlasnie z lodzi wysiadlo
dwoje Niemcow. Okazalo sie ze jedyne co widzieli to slady lap na
brzegu. Wogole z ta ogolna dostepnoscia dzikich zwierzat to jakas
dziwna sprawa bo dziewczyna z recepcji w Jasper mowila, ze mieszka tu
3 lata i widziala niedzwiedzia jedynie dwa razy. Ale moze przemieszcza
sie tylko miedzy domem a miejscem pracy? A nam sie poszczescilo, ale o
tym za chwile. Wczoraj zamiast zrobic 450km przejechalismy lacznie
ponad 800km. Drogi sa piekne, biegna u podnozy wysokich gor, wsrod
lasow. Im dalej w glab ladu tym wiecej zoltych drzew. W koncu ;-) Choc
uslyszelismy, ze i tak czerwonych drzew nie uswiadczymy w okolicy, bo
po pierwsze wiekszosc drzew tu wystepujacych to iglaste a po drugie
nawet jesli sa lisciaste to klon i dab tu nie rosnie. Polecono nam, ze
czerwone klony to mozemy sobie obejrzec... ale na wschodnim wybrzezu
Kanady. W czasie naszej podrozy juz dwukrotnie zmienialismy strefe
czasowa. Najpierw miedzy Alaska a Vancouver a teraz miedzy stanem
British Columbia a Alberta. Tak wiec roznica miedzy Polska zmniejszyla
sie juz do 8 godzin. Do Jasper zajechalismy wczoraj po zmroku zmachani
jak psy. Poszukiwania miejsca do spania i czegos do zjedzenia zajelo
nam jeszcze godzine. Drogo w tej Kanadzie, oj drogo i do tego jeszcze
znienacka na koniec jak juz czlowiek mysli ze ustalil cene to jeszcze
dowala kilka taxow. Za sam wjazd na teren parku narodowego placi sie
prawie 10CAD za dzien od osoby. Czyli za sam fakt mozliwosci nocowania
w okolicy placimy okolo 180zl za 3 dni. Nocleg to minimum 100CAD za
noc i to tez po maksymalnych obnizkach. A nie wszedzie sa wolne
miejsca. Zorientowalismy sie tylko, ze nie warto kupowac zarcia w
sklepach i samemu cos robic, bo taniej wychodzi isc do knajpy. Pogoda
nas nadal rozpieszcza, jest goraco w dzien i w nocy. Wczoraj jak
szukalismy o 9 wieczorem hotelu, termometr na budynku wskazywal
24stopnie. Wg. prognoz ma sie to szybko zmienic w ciagu nastepnych 3
dni i temperatury maja spasc nawet do 0 stopni. Mamy nadzieje wtedy
byc juz daleko stad. Zimno bylo dzis tylko jak wjechalismy kolejka
liniowa w Whistlers na szczyt gory w Rocky Mountains na wysokosc
2270m. n.p.m Rozposciera sie stamtad piekny widok na doline i
miasteczko Jasper. Sam szczyt gory jest skalisty, bez drzew i nie
dosc ze zimno to jeszcze wieje. Ale oplacalo sie przyjechac bo
zobaczylismy idacego pod gore czarnego niedwiedzia. Naczytalismy sie
dziesiatki porad o zachowaniu przy spotkaniu niedzwiedzia i
teoretycznie jestesmy przygotowani bez zarzutu. Na szczescie
niedzwiedz byl na tyle daleko, ze nie bylo koniecznosci sprawdzenia
naszej wiedzy w praktyce. Z innych zwierzat spotkalismy jeszcze na
wolnosci samice karibou. Wczoraj, jak juz zmierzchalo zatrzymalismy
sie na poboczu zeby przeczytac tablice informacyjna. Bylo tam napisane
ze jest okres rozrodczy tych zwierzat i zeby uwazac na samce, bo sa
szczegolnie niebepieczne. I w tym momencie wyszly z krzakow prosto na
nasz samochod cztery dorodne samice. Wziely nas kompletnie z
zaskoczenia, nie czekalismy az wyloni sie za nimi samiec i potraktuje
nas jako potencjalnych rywali tylko pojechalismy dalej. Dzis nad
wodospadem Athabasca tez spotkalismy samotnie wedrujaca sarne.
Stalismy sobie nad brzegiem jeziora na skraju lasu robiac zdjecia,
odwracamy sie a tam skubie sobie listki sarenka. Nawet nie byla
specjalnie plochliwa i dala sobie zrobic zdjecie. Dopiero jak Martinez
postanowil sobie zrobic sobie z nia wspolne zdjecie uznala ze tego juz
za wiele i poszla w las. Wodospad Athabasca i sasiadujace z nim stare,
wyschniete koryto rzeki jest piekne, to jedno z ladniejszych miejsc w
Jasper Park. Bylismy jeszcze tego ranka w Maligne Canyon, nad Medicine
Lake i nad Maligne Lake a pozniej w dolinie 5 stawow. Nie bede tego
wszystkiego opisywal, bo sie nie da, trzeba to zobaczyc. Moze zdjecia
beda w stanie troche oddac te widoki. Poki co nie mielismy jednak
jeszcze okazji usiasc do komputera i sciagnac zdjecia z aparatu.
Fajnie natomiast, ze tak jak wspominalem, robi sie coraz bardziej
kolorowo. O ile lasy sa iglaste, to przy szosie rosna lisciaste
drzewa, ktore pieknie zmieniaja barwy na rozne odcienie zolci. Choc
musze przyznac, ze nasze jozefowskie drzewa w niczym nie ustepuja tym
kanadyjskim ;-) Podoba mi sie sposob zorganizowania parkow na
przykladzie Jasper. Mozna wjechac tu trzema szosami, na ktorych placi
sie myto. Za te pieniadze utrzymywane sa parki. Trzeba przyznac ze sa
swietnie oznakowane, czysto utrzymane, z wieloma miescami do
odpoczynku, do biwakowania itp. Jesli jest jest jakas atrakcja typu
punkt widokowy, wodospad, to w poblize prowadzi droga i jest parking.
Oczywiscie dla tych co lubia sobie pochodzic po gorach sa wytyczone
dziesiatki tras trekingowych. Trzeba tylko zabrac ze soba duzo gazu
pieprzowego na niedzwiedzie.
piątek, 25 września 2009
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz