piątek, 18 września 2009
Titanic
Dzis popoludniu zaokretowalismy sie na naszym Titanicu. Zanim do tego doszlo musielismy dojechac z Anchorage do Whittier. Naszym kierowca autobusu byla 65letnia Amerykanka Penny, na codzien prowadzaca school bus. W ciagu godzinnej drogi opowiedziala wszystkim turystom na pokladzie bez mala cala historie swojego zycia. Do tego wcale niepytana. Dowiedzielismy sie miedzy innymi, ze 4letnia wnuczka zabrala ja pierwszy raz w zyciu na lyzwy, ze ma dom o wartosci mniejszej niz 200tysiecy dolarow, dzieki czemu nie placi podatkow, ze corka miala srednia w szkole 4,8 ze siostra mieszka w Australii i inne takie. Na koniec puscila jeszcze w obieg album ze swoimi zdjeciami. Nie wyobrazam sobie, zeby polski kierowca PKSu zaczal takie rzeczy opowiadac na trzezwo. Ale widac dla nich takie zachowanie to norma. Od samego rana mielismy dzis piekna pogode. Wiatr przegnal ciemne chmury i niebo bylo wreszcie blekitne. Droga, ktora przemierzalismy wczoraj, dzis iskrzyla sie odcieniami zieleni i zolci polyskujacymi w sloncu. Przy okazji dowiedzielismy sie od Penny, ze na Alasce lisciaste drzewa nie przybieraja czerwonego koloru, maksymalnie robia sie na jesieni zlote. Pierwsze sniegi powinny zaczac padac w ciagu najblizszych 2 tygodni a okoliczne szczyty gor, ktore mijalismy mialy juz nowe sniezne czapy. W srodku zimy pokrywa sniegu potrafi osiagac w dolinach nawet 40metrow, drogi wtedy sa zamykane a niektore miejscowosci zostaja odciete od swiata. Droga do Whittier jest przepiekna, biegnie posrodku zadrzewionej doliny a z obu stron otaczaja ja wysokie gory z jezykami lodowcow. Przy slonecznej pogodzie warstwy zmarznietego lodu mialy z oddali kolor niebieski. Takiego nagromadzenia lodowcow jeszcze nie widzielismy. W pewnym miejscu zatrzymalismy sie przy jeziorze i z czterech stron swiata splywaly w dol topniejace jezyki lodu. Kulminacja dojazdu do miejscowosci Whittier jest przejazd najdluzszym tunelem w polnocnej czesci globu. Mierzy 2,6mili, ma szerokosc autobusu. W drodze polozone sa tez tory kolejowe dla pociagow. W samym Whittier nie ma nic procz kilku podstawowych knajp i sklepikow dla wedkarzy. No i oczywiscie procz cumujacych statkow wycieczkowych. Na nas czekal nasz Coral Princess, statek, do ktorego im bardziej sie zblizalismy tym bardzie przypominal olbrzymi wiezowiec. Zaliczylismy check-in, przeszlismy security check jak na lotniskach i oto wchodzilismy do wnetrza po trapie. Przy wejsciu jeszcze zrobili nam zdjecie i sprawdzili karty magnetyczne i znalezlismy sie na kapiacym zlotem pokladzie Nie, no troche przesadzam, fakt, ze glowny hall wysoki na kilka pieter z przeszklonymi windami ma zlocone porecze, grube dywany i zyrandole ale nie jest to do konca az tak kiczowate. Nasz statek ma ostatecznie 16pokladow, z tym ze 13pietro nie wystepuje. I co my tu mamy zeby umilic nam podroz? Kilka restauracji, w tym jedna 24godzinna, 4 baseny, silownie, spa, korty tenisowe, stoly do tenisa stolowego, amfiteatr, symulator golfa, kino, bary, sklepy a nawet wedding chapel. Nasz statek ma komplet, 1970pasazerow i 900osob obslugi. Zaloge stanowia ludzie z calego swiata, szefowa dzialu wycieczek jest Ewa Paluch, z ktora zamienilismy kilka slow. Zreszta Polacy jak widac kojarza sie na szczescie milo zalodze, jeden Meksykanin chwalil sie ze byl w Gdyni, Rumun mowi do nas dziendobry, Meksykanka mowi, ze z jednym Jackiem z zalogi sie dobrze imprezowalo itd. Gro wycieczkowiczow stanowia Amerykanie i Kanadyjczycy. Z Europy ludzi jest malo. Jeszcze w Anchorage zgadalismy sie na miescie z para z Niemiec, ktorych widzielismy juz na rejscie Condora. Okazalo sie, ze rodzice dziewczyny pochodza z Gliwic i nauczyli ja calkiem niezle mowic po polsku. 2 dni po przylocie do Anchorage wzieli slub w jednym z parkow na trasie do Seward. Teraz ze swiadkami plyna tez do Vancouver. Statek jest rewelacyjny, mimo ze pierwszy raz czyms takim plyne i obawialem sie najgorszego to musze powiedziec, ze jestem pod wrazeniem. Kabiny sa czyste, wygodne, wogole nie czuc bujania, ludzie tez sie gdzies rozlaza i nie ma sie wrazenia tloku. Jedyny minus to fakt, ze jest to maszynka do robienia pieniedzy. Zdzieraja tu kase na wszystkim. Darmowa jest kajuta i jedzenie. Cala reszta kosztuje. 100minut internetu kosztuje 55$ i jest to najtansza opcja pakietowa, bo poza abonamentem minuta kosztuje okolo5$. Tak wiec nie wiem kiedy wysle to na bloga, chyba jak zejdziemy na lad i znajdziemy jakas internetowa knajpe. Dzis tj. 15 wrzesnia plyniemy caly dzien. Nasz program na dzis to scenic viewing. Zaczelo sie o 6:30 rano kiedy zaczynalo wschodzic slonce a nasz statek wplywal do College Fjord - powoli z ciemnosci zaczely sie wylaniac zarysy zalesionych gor. Wszystko spowijala unoszaca sie nad woda mgla. Niebo zmienialo sie z koloru purpurowego w czerwony i rozowy az o swicie przybralo kolor blekitu. Wokol statku pojawily sie dryfujace odlamki lodu. Plynelismy tak okolo godziny az dotarlismy do Harvard Glacier - lodowca zeslizgujacego sie dwoma ujsciami prosto do wody. Statek majestatycznie obrocil sie, porobilismy zdjecia i ruszyl w dalsza podroz do Prince William Sound. Widoki sa fantastyczne, mamy przed soba przepiekna panorame osniezonych gor schodzacych w dol do morza, ktore unosi krystalicznie czyste kawalki lodu. Naprawde zapiera dech w piersiach, czegos takiego nie widzielismy nawet w Argentynie czy Nowej Zelandii. Pogode mamy przepiekna, swieci slonce, na niebie prawie zadnych chmurek, siedzimy z Martinezem na naszym prywatnym balkonie i popijamy zimny browar. Idylla :-) Apropos alkoholu to przemycilismy na poklad dwunastopak piwa i butelke kanadyjskiej whiskey bo istnieja tu faszystowskie przepisy ze mozna pic tylko alkohol zakupiony w barze na pokladzie, ktory jest oczywiscie drogi. A i jeszcze jedno mi sie przypomnialo, Justyna kochanie czy mozesz zamieszac buklakiem z wisniowka w spizarce co 2-3dni podczas mojej nieobecnosci? Na statku sa dziesiatki roznych aktywnosci w ciagu dnia, obecnie trwa np. fruit and vegetable carving demonstration i choc trudno sobie to wyobrazic to sa chetni zeby to ogladac. Duza widownie sciaga tez pokaz jak efektywnie robic zakupy na Alasce zeby dobrze i tanio cos kupic ;-) Takie zakupy Mango. Americans luv it ! Gadalismy w ciagu dnia z jednym Amerykaninem mieszkajacym na Alasce, ktory powiedzial nam, ze jest wlasnie sezon polowan na losie. Moze dlatego zadnego jeszcze nie widzielismy na zywca. W kazdym badz razie oplata za odstrzelenie losia to okolo 20$ jesli mu wierzyc. Byc moze obcokrajowcy placa cos wiecej za licencje ale nie sa to oplaty za odstrzal tak wysokie jak w Europie. Losi i niedzwiedzi jest ponoc zatrzesienie. Nic dziwnego, ze tylu mysliwych i wedkarzy przylatuje tu z Europy na polowania. Idziemy zjesc cos z grilla bo zglodnielismy po piwku ;-)
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz