wtorek, 22 września 2009

Vancouver - miasto marzenie

Przybilismy do portu w Vancouver rano o siodmej. Statek wchodzil do
portu o brzasku i moglismy podziwiac podswietlony jeszcze skyline.
Miasto jest piekne. Pogode mamy piekna. Na lotnisku odebralismy
samochod, poniewaz bylismy wczesniej nie mieli dla nas gotowego wozu i
dali nam upgrade do wyzszej klasy. Jest to limuzyna, Chevrolet Impala,
silnik V6 - 3,5l ktora sunie po szosie jak krazownik. Przy ustawianiu
lusterka wstecznego cos nacisnalem i wlaczyl sie telefon i zaczal nas
z kims laczyc. High-tech Ameryka a my bidacy z Polski musimy sie z ta
technika teraz zmierzyc. Lezymy sobie teraz przy fontannie na deptaku
przy Canada Place pod 28pietrowym wiezowcem The Vancouver Sun. Przed
nami rozposciera sie port a w nim cumuje nasz statek Coral Princess. O
4tej wyplywa do Los Angeles. Slonce grzeje, turysci i lokale kreca sie
leniwie, robia sobie zdjecia, pija kawe, jedza lunch, opalaja sie.
Zewszad dochodza jezyki calego swiata, pelno chinczykow, hindusow,
wlochow... Istna wieza Babel. Miasto jest w budowie, widocznie trwaja
ostatnie przygotowania do Olimpiady zimowej w 2010r. Przebudowywana
jest glowna ulica Granville, przy ktorej miedzy innymi jest nasz hotel, a
ktora przecina downtown w polowie i biegnie do portu, do Canada Place.
Co sie rzuca w oczy po zejsciu ze statku to brak ludzi otylych oraz
starszych. Dominuje mlodziez wszelkich ras, bardzo duzo jest azjatow.
Dziewczyny o skosnych oczach przepiekne. Do tego jest cieplo, wiec
chodza w mini spodniczkach i kozakach po kolana... Vancouver jest
piekne ;-) Kilka godzin po poludniu spedzilismy w Stanley Park,
kilkudziesieciu hektarowu zieleni zaraz przy downtown. Genialne
miejsce, lasy, parki, ogrody kwiatowe, poprzeplatane sciezkami
rowerowymi, chodnikami i uliczkami. Z jednej strony cypla widok na
zatoke i most Lions Gate z drugiej na lsniace wiezowce z marina z
jachtami u ich stop. Mozna bylo spedzic tu caly dzien. W ramach
rehabilitacji po wielkim zarciu zeszlismy miasto wszerz i wzdluz
wieczorem. Po prostu azjatyckie miasto, na przystankach dziewiec na
dziesiec osob ma skosne oczy, w sklepikach dominuja hindusi.
Zrobilismy pieszo chyba z trzydziesci kilometrow. Martinez stwierdzil,
ze Vancouver to najpiekniejsze miasto jakie dotad widzial (po
Steszewie rzecz jasna) i moglby tu zamieszkac. Zaczal nawet zbierac
darmowe gazetki z ofertami pracy. Najciekawsza byla oferta dla
kucharza w japonskiej restauracji za 17$ za godzine. Mycie samochodow
tylko 11$. Aha dla zainteresowanych sushi jest smiesznie tanie. Tansze
niz zjedzenie burgera w fastfoodzie i jest tego pelno. Mnie to wogole
nie rusza, ale widze poruszenie z tego powodu u Martineza. Robi sie
jasno, trzeba wstawac i jechac dalej...

Brak komentarzy: