poniedziałek, 10 listopada 2008

Powoli wracamy

Dzis schodzilismy Cuzco wszerz i wzdluz, rzecz jasna starowke a nie przedmiescia. Zaliczylismy chyba wszystkie lokalne bazary, w tym slynny, stary mercado naprzeciw stacji kolejowej. Bardzo egzotyczne miejsce, gdzie mozna kupic wszystko do jedzenia od kurzych lapek po wspaniale pachnace przyprawy. Pelno warzyw, owocow. Czesc hali przeznaczona byla pod konsumpcje, panie w bialych fartuchach mialy wydzielone swoje stoiska gdzie prowadzily garkuchnie. Peruwianczycy tlumnie zajadali sie lokalnymi przysmakami. Talerz zupy na kurczaku kosztowal 4 sole. Potwierdza sie wiec, ze Peru wcale nie jest tanie. Taniej mozna zjesc zupe w barze mlecznym na Nowym Swiecie w Warszawie a warunki lokalowe sa u nas zdecydowanie lepsze. Skoro wspomnialem o zupach to musze przyznac ze zjadlem w Peru wiecej zup przez 10dni niz w ciagu ostatniego roku w Polsce. Zupy kremy robia znakomite, pomidorowe, z kurczaka, warzywne, w Ollantaytambo zjadlem przepyszna zupe krem z ziemniakow. Byla aksamitnie, smietanowo pyszna. Peru slynie z uprawy ziemniakow, maja ponad 2800 odmian w tym ponad 90 wystepujacych tylko w Peru. Wspominam o tym, coby kolezanka Kasia wiedziala, ze nie tylko ona robi znakomite zupy :-) Dosc o zupach. Potem znalezlismy sie na kolejnym bazarze dla lokali, gdzie handlowano juz zupelnie prozaicznymi towarami, cos jak nasz stadion dziesieciolecia. Kiedy dotarlismy na Plaza de Armas akurat odbywala sie uroczysta procesja roztanczonych dziewczynek. Za nimi niesiono postac swietego w przybraniu kwiatow. To byly uroczystosci ku czci sw. Marcina, jednego z wielu patronow Cuzco. To tak apropos naszych jutrzejszych imienin, gdyby ktos zapomnial :-) Na obiad poszlismy na hamburgery z alpaki. Jest dziewiata wieczorem, lezymy na lozkach w starej kamienicy naszego hostelu w Limie i nie mozemy sie zwlec bo zoladki mamy nadal ciezkie od tego posilku :-( Dzis jechalismy z Martinezem po raz trzeci w ciagu dwu tygodni z lotniska do Miraflores w Limie i po raz pierwszy jechalismy inna trasa. Za pierwszymi dwoma razy droga prowadzila obskurnymi przedmiesciami, szosa przy urwisku nad morzem, slabo oswietlona i wyludniona. Lima zrobila wtedy na nas ponure wrazenie. Dzis szczeki nam opadly z wrazenia jak Lima moze inaczej wygladac. Pojechalismy trasa przez miasto glowna aleja z lotniska, dzielnicami Santa Beatriz, San Isidro i Miraflores. Po kilku kilometrach wjechalismy w dzielnice przypominajaca Las Vegas. Wielkie sklepy, kina, znane marki zachodnich restauracji, kasyna pulsujace swiatlami. Przy jednym z nich replika Statuy Wolnosci. Kolorowy, nocny swiat, bedacy w zupelnej sprzecznosci z bieda ktora widzielismy w innych czesciach Peru. Jadac dalej mijalismy dzielnice ambasad, przedstawicielstw zachodnich firm, piekne budynki, parki, naprawde eleganckie, ladne, nowoczesne miasto. O Miraflores chyba juz wspominalem, piekne kamieniczki, wille, zabytkowe domy, przystrojone kaktusami z pieknie kutymi kratami w oknach. Gdybysmy pierwszego dnia naszego pobytu w Peru zobaczyli taka Lime to mielibysmy zupelnie inne nastawienie do tego kraju, ktory jak sie okazuje jest pelen kontrastow. Odpukac, ale Peru wbrew ostrzezeniom znajomych i tego co napisano w przewodnikach okazalo sie bardzo bezpieczne. Nie mielismy zadnych przykrych sytuacji, oprocz przygody z biurem Mely, ktore w efekcie zwrocilo nam 38$ ale slowa przepraszam z siebie nie wydusilo. Czulismy sie bezpiecznie na ulicach miast zarowno w nocy jak i w dzien. Duza w tym zasluga wladz, ktore przeciez zyja z turystyki i zdali sobie sprawe, ze przestepczosc, ktora panowala w Peru kilka lat temu niszczy reputacje i przychody. Na ulicach widac duzo policji, wszystkie turystyczne obiekty sa doskonale chronione. Kraty w oknach, druty kolczaste na ogrodzeniach, straznik w kazdej bramie powoduja niepokoj ale widocznie sa konieczne. Wszyscy spotykani przez nas Peruwianczycy twierdza jednak, ze jest juz lepiej niz kilka lat temu i bezpiecznie. Z Peru przywieziemy swietne wspomnienia i kilka welnianych czapek ;-) Mimo, ze wielokrotnie w ciagu wyjazdu musielismy wstawac w srodku nocy nie odczuwamy tych trudow. Choroba wysokosciowa nas meczyla ale mimo wszystko to bylo kilkanascie dni wypelnionych wrazeniami, ktore na dlugo pozostana nam w pamieci. Kiedy rozmawiamy co zrobilo na nas najwieksze wrazenie, to na pierwszym miejscu jest Machu Picchu. Jest magia w tym miejscu, ktore sciaga tysiace ludzi do Peru. Wrazenie robia skaliste Andy, ktore ciagna sie setkami kilometrow i wygladaja z okien samolotu jak pogniecione kartki szarego papieru. W pamieci pozostaja kolorowe, niskie, szerokie peruwianki w kapeluszach z obowiazkowa teczowa chusta na plecach z ktorej wystaje glowka dziecka. Wyspy trzcinowe na jeziorze Titicaca, tez mimo postepujacej komercjalizacji, sa niezwykle. Ptaki i lwy morskie na Islas Ballestas nie zrobily na mnie i Martinezie wrazenia tylko dlatego ze kilka dni wczesniej potykalismy sie o nie na Galapagos. Ale Justyna byla zachwycona. Peru nie jest niestety tanie dla turysty, ale zdecydowanie warte odwiedzenia i sprobowania kotleta z alpaki i ciemnego piwa Cusquena :-)

Brak komentarzy: